poniedziałek, 11 maja 2015

[mxm]W prezencie

Moi Mili, poznajcie proszę Kazeshiniego (nazywanego również czule Kaziem). Kaziu jest teoretycznie postacią z anime Bleach'a z fillerego arc'a o Zanpakutou. Został przeze mnie odrobinę przerobiony na poczet fanfic'a "Tylko się nie bój". Jednak jakiś czas później uznałam, że w sumie z oryginałem to ma niewiele wspólnego, więc adoptowałam go, jako mojego OC'ka. Poznajcie również Takeshiego. Takeshi jest z kolei uroczym OC'kiem mojej znajomej. Panowie pasują do siebie idealnie, bo Kaziu jest hedonistycznym sadystą, a Takeshi hedonistycznym masochistą.
Poniższe opowiadanie powstało do urodzinowego konkursu organizowanego przez właścicielkę Takeshiego.
Mam nadzieję, że będzie smakowało.
A! Chyba nie muszę ostrzegać dodatkowo, że nie będzie czule i słodziaśnie?

* * *

Takeshi stanął przed drzwiami pokoju 69 niskiej klasy motelu. Jeszcze raz sprawdził, adres się zgadzał, to tutaj powinien być ten gościu, do którego wysłała go jego obecna zleceniodawczyni. Chwilowo robił za kuriera, robota dobra jak każda inna. Jeszcze odruchowo poprawił brązową grzywkę, żeby opadała na jego pusty oczodół, i zapukał.

– Wejść – zawołał głos ze środka po japońsku. – Zaczekaj, księciuniu – dodał zaraz mężczyzna, gdy Takeshi znalazł się w pokoju.

Sam gospodarz przysiadł na parapecie. Był przystojnym mężczyzną koło trzydziestki, o ostrych rysach twarzy i ciemniejszej karnacji, czarne, długie, sięgające pasa włosy miał spięte w wysoki kucyk.

– Królewiczu – mówił już do trzymanego telefonu po angielsku z nutką irytacji, nie przejmując się gościem. – Niech kapitan cię przerucha, bo zaczynasz zachowywać się jak królewna... Z tobą zawsze tylko powiedz, my body is ready, tylko nie wiem co na to pan kapitan... Od tygodnia na ćwiczeniach? To wiele wyjaśnią, ale wiesz co, królewiczu, mam już pomysł, co ci kupię na najbliższe urodziny! Różowe, obracające się, świecące i grające melodyjka mmm mmm tequila, dildo...

W tym momencie Takeshi, po pierwsze stwierdził, że wizja takiego dildo jest niezwykle kusząca, po drugie musiał spuścić głowę, żeby ukryć cisnący się na usta uśmieszek. Nie mógł zbytnio pokazać, że rozumie o czym mężczyzna mówi, bo dla tej zleceniodawczyni i w związku z tym wszystkich jej wspólników znał jedynie japoński. Takeshi wprowadzał w życie dwie zasady dzięki którym osiąga się sukces. Po pierwsze nigdy nie ujawniał wszystkiego co wiesz...

– Oj tam oj tam i tak oboje wiemy, że wolisz w druga stronę – mówił dalej mężczyzna, jednak teraz wyraźnie rozbawiony, schodząc z parapetu i podchodząc do laptopa ustawionego na stoliczku. – But chains and whips excite me – zanucił, pochylając się do komputera, zaraz jednak trochę zaskoczony spojrzał na ekran telefonu, prychnął pod nosem ubawiony i odłożył go na bok. – Stój gdzie stoisz, księciu, zaraz się tobą zajmę – rzucił po japońsku, zerkając przelotnie na chłopaka, który w ostatniej chwili ugryzł się w język, by nie dodać jakieś kąśliwej uwagi na temat tych łańcuchów i biczy.

I have a big gun
I took it from my Lord
Sick with Justice
I just wanna feel you

Rozległo się dosłownie sekundę później, mężczyzna spojrzał na swój telefon zmęczonym wzrokiem.

– Здравствуйте, балалайка, мое общее – odebrał wesoło i zaraz zaczął mówić bardzo szybko po rosyjsku. Takeshi wyłapał kilka znajomych słów, ale cała reszta konwersacji uciekała mu mimo uszu, więc zaczął rozglądać się dookoła.

Dopiero teraz zwrócił uwagę na panujący w pokoju bajzel. Wszędzie, na łóżku, na szafce przy nim i krześle leżały jakieś ubrania, papiery i inne różne dziwne rzeczy, jak duct tape, kości do gry, paczka rękawiczek lateksowych, zipy, nóż do papieru, słuchawki, trzy zapalniczki, ale nigdzie nie było śladu papierosów. Pasujące do tego wszystkiego byłyby jeszcze czarne worki i można by zacząć podejrzewać, że gościu robi za seryjnego mordercę na pół etatu. W sumie... Spojrzał na faceta, który właśnie pisał coś na klawiaturze, a telefon przytrzymywał sobie ramieniem. W międzyczasie zmienił mu się rozmówca po drugiej stronie, bo teraz nadawał po chińsku. W dodatku z tym nawet nie silił się na wesołość. W tym momencie podniósł też spojrzenie lodowato błękitnych oczu na Takeshiego. Tak, gościu na pewno robił za seryjnego mordercę na pół... na trzy czwarte etatu.

– Mam to głęboko w jelicie grubym – mówił spokojnie do telefonu, ale nie spuszczał wzroku z chłopaka. – Mój ty porcelanowy cesarzyku. Ty też to możesz mieć głęboko w jelicie, ale wtedy razem z tym będziesz miał również ruskiego kutasa Bałałajki. – Takeshi znowu musiał spuścił głowę i schować się za grzywką. – Więc albo korzystasz z mojej miłosiernie wyciągniętej ręki, zabierasz swoich chłopców i robisz swobodny przepływ, albo obciągasz z połykiem. Chociaż w twoim przypadku może nie było to najlepsze porównanie, bo możesz to lubić... Zawsze możesz na mnie liczyć... I oczywiście, że będziesz miał u mnie dług wdzięczności... Och Liu Fei Long, współpraca z tobą to doprawdy prawdziwa rozkosz – dodał już bardziej zadowolonym głosem.

Fei Long, Bałałajka – jeżeli ktoś chociaż trochę interesował się rozkładem tych naprawdę liczących się sił, znał te nazwiska – a do tego jego własna zleceniodawczyni – Pani. Szykowała się naprawdę gruba akcja. Pytanie tylko czego miała dotyczyć? Narkotyki? Handel żywym towarem? Tak czy siak, znał kilka osób, które byłyby zainteresowane nawet strzępkiem informacji.

– Izaya-kun, królu mój słodki – mówił dalej mężczyzna, tym razem już po japońsku. –Szykuj miejsce z widokiem na płomienny zachód słońca i górę popcornu, będą fajerwerki... Dla ciebie wszystko, słonko.

Swoją drogą kim był ten gościu? Jego szefowa nazwała go Kazeshini, ale Takeshiemu nic to nie mówiło. Ciężko też było, zwłaszcza po tych podsłuchanych rozmowach, stwierdzić dla której strony tak właściwie robił.

– Dobrze, księciu – powiedział Kazeshini, patrząc się na chłopaka z uśmieszkiem, jakby wiedział o jakieś wielkiej tajemnicy i właśnie szykował się do jej wyjawienia. – Pora zająć się tobą, a właściwie sprawą twojej Pani i władczyni.

Wstał od komputera, zabierając ze sobą pendrive'a w kształcie Hello Kitty. Podszedł do Takeshiego.

– Powinna być usatysfakcjonowana – powiedział z uśmiechem, przekazując urządzenie chłopakowi, jednak nim ten miał okazję zrobić w tył zwrot, położył dłoń obok jego głowy, blokując mu drogę wyjścia. – Tylko powiedz mi. – Pochylił się. – Czy nasza ukochania Pani wie, że doskonale rozumiesz angielski i chiński, bo mi jakoś się tym nie pochwaliła.

– Słucham? – zdziwił się uprzejmie Takeshi.

– Wiesz jak to mówią, co dwoje oczu to nie jedno – powiedział wciąż z uśmiechem, jednak w drugiej dłoni pojawił się nóż, którym zaczął niemalże czule wodzić po szyi chłopaka.

– Wiesz, nie chcę nic mówić, ale grożono mi większymi – mruknął Takeshi z pewnym siebie uśmieszkiem. Cóż, w takiej sytuacji jedyne, co zostaje do ocalenia, to duma. Nie miał bynajmniej zamiaru błagać o darowanie życia, bo mógł się co najwyżej ośmieszyć.

Kazeshini w pierwszym momencie zamilkł, by zaraz potem wybuchnąć śmiechem, trochę szaleńczym, gdyby ktoś się spytał Takeshiego.

– Uważaj, księciu, bo uznam to za wejście na męski honor i będę musiał go bronić – powiedział rozbawionym głosem, przesuwając powoli nóż, prawie dotykając skóry chłopaka czubkiem ostrza, wzdłuż szyi na policzek.

– To kolejna groźba czy obietnica? – ciągnął dalej z uśmieszkiem, który jednak odrobinę drgnął, gdy nóż powędrował wzdłuż policzka i teraz krążył niebezpiecznie blisko jego zdrowego oka, odgarniając na bok brązowa grzywkę. Było to odrobinę niepokojące.

Kolejna porcja śmiechu, ewidentnie ten skurwiel doskonale się bawił, pewnie wyczuł jak się mimowolnie spina, gdy ostrze, jeszcze nie raniąc, przesunęło się wzdłuż brwi.

– Kundel – powiedział Kazeshini. – Kundel z dumą rasowego chihuahy, szczekający na wszystkich równie głośno, któremu wydaje się, że niczego się nie boi. Uwielbiam takie osobniki – niemalże zamruczał i zaraz chwycił w garść włosy chłopaka, odchylając mu głowę do tyłu. –Uwielbiam udowadniać im, że są po prostu kundlami i boją się dokładnie tak samo jak inni.

– Czyli jednak obietnica – wysapał Takeshi z kolejnym uśmieszkiem. Cóż, nigdy nie miał w planach dożywać starości, poza tym jak na razie nie działo się nic, czego niby miałby się bać.

Kazeshini znowu się zaśmiał – zaczynało się to robić trochę irytujące – a potem stało się coś bardzo szybko. Został pociągnięty za włosy i podcięty w kolanach. Wylądował brzuchem do ziemi z kolanem dociskającym jego plecy.

– Trochę szkoda – zamruczał Kazeshini do ucha, wykręcając mu dłonie. – Że nie przygotowałem się na tak przyjemną ewentualność i nie wziąłem ze sobą kilku zabawek, ale cóż... Zaimprowizujemy coś. Muszę podziękować kapitanowi – mówił już do siebie, spinając nadgarstki chłopaka czymś plastikowym. – Zipy doskonale się sprawdzają do niespodziewanego sado-maso rżnięcia.

– Ciężko ci idzie z tym strachem, zaczyna mi się to nawet coraz bardziej podobać. – Spojrzał na swojego "oprawcę" ponad ramieniem. W tym momencie był bardziej zaintrygowany, podjarany nawet, niż zaniepokojony.

– Ach starość, wychodzę z wprawy – westchnął ciężko, wstając i podchodząc do zawalonego łóżka.

W tym czasie Takeshi podniósł się z podłogi do pozycji siedzącej i chciał wyciągnąć scyzoryk z bocznej kieszeni. Nie żeby jakoś szczególnie nie podobał mu się kierunek, w którym to zmierzało, po prostu... Chyba bardziej z dumy chihauhy

– Tego szukasz? – zapytał Kazeshini, nawet na niego nie patrząc i przegrzebując rzeczy, w wyciągniętej ręce trzymał scyzoryk chłopaka. – Ten z buta też wyciągnąłem.

Dobra w tym momencie miał prawo czuć się zaniepokojony, bo wychodziło na to, że ten facet nie jest jakimś niewinnym nerdo-informatorem, za jakiego go miał jeszcze przed chwilą.

– Skąd w ogóle pomysł, że okłamałem Panią? – zapytał, żeby odgonić te głupie myśli.

– Bo patrzę i widzę, bardzo przydatna umiejętność – odpowiedział, podnosząc jakiś ciuch i patrząc na niego nieco zdziwiony. – Powinieneś też ją przyswoić, jak również to jak nie pokazywać tego, czego nie chcesz, mój młody padawanie.

– Zostałem padawanem, czy powinienem czuć się dumny?

– Jak kundelek z klocka, który łatwo można sprzątnąć. – Odwrócił się w stronę chłopaka, trzymając kilka rzeczy w rękach. – Dzisiejszy wieczór sponsoruje duct tape – powiedział, odrywając kawałek srebrnej taśmy klejącej i zaklejając nim usta chłopaka, zanim ten zdążył coś powiedzieć. – Magiczne narzędzie, które zamienia przerażone "nie, nie, nie", w rozkoszne "mmm mmm mmm". – Uśmiechnął się szeroko niezwykle dumny ze swojego dzieła.

– Mmmm – skomentował jedynie Takeshi, nie była to najbardziej komfortowa sytuacja. Z bardzo wielu sytuacji udało mi się zwyczajnie wygadać, a tak ciężko będzie.

– Zgadzam się z tobą w zupełności – przyznał mu rację Kazeshini, zawiązując mu dokładnie na oczach, a właściwie na oku, czarną chustkę. – Wiedziałeś, że ośrodek odpowiedzialny za wzrok, nawet pozbawiony bodźców będzie funkcjonował? Interesujące. – Mówił dalej i Takeshi już tylko słyszał, że musi krążyć po pokoju, słyszał jego kroki, jakieś przesuwanie sprzętu, chyba znowu stanął przy łóżku. – Człowiek pozbawiony zmysłu wzroku niczym nie różni się od naszych praprzodków, którzy, gdy tylko słońce zachodziło, chowali się do chatek i barykadowali drzwi. Instynktowny strach przed ciemnością jest jednym z najgłębiej zakorzenionych, najłatwiej go wydobyć... Zwłaszcza – szepnął tuż przy uchu Tashiego, czym go odrobinę zaskoczył. – Gdy zabierze się również inne zmysły. – A ja uwielbiam patrzeć, jak ludzie się boją – dodał rozmarzony.

Coś miękkiego zostało założone na jego uszy – słuchawki – a chwilę potem poleciała muzyka. Mieszanina dźwięków, która już od samego początku zaczęła zwyczajnie rżnąć mu mózg. Próbował usłyszeć cokolwiek poza tą, w dziwny sposób niepokojącą, kakafonią. Nie dało się, albo może jednak. Czy słyszał coś metalicznego? A może były to dźwięki nagrane w piosence? Gdzie w tej chwili stał Kazeshini? Co dalej planował? Ten dźwięk przed chwilą, usłyszał go naprawdę czy nie? Czy było to ładowanie pistoletu? To nie było tak, że się bał, nawet jeżeli miałby dostać kulkę w łeb - shit happens i nic się na to nie poradzi – ale jego ciało było przerażone, czy tego chciał czy nie – adrenalina i serotonina skakały wesoło niczym dzieci na placu zabaw. W świecie ograniczonym do ciemności i ledwo wyczuwalnych podmuchów wiatru – powiało chłodem z lewej? Z lewej były drzwi, czy ktoś wszedł do pokoju, ktoś wyszedł? Czuł, że jest spięty i jakkolwiek by sobie nie powtarzał, żeby wyluzować, nie mijała chwila, a próbował za wszelką cenę przebić wzrokiem chustkę, usłyszeć coś pomiędzy dźwiękami, poczuć jakiś ruch, który powiedziałby mu cokolwiek. Napięty do ucieczki przed czającym się w ciemności drapieżnikiem, który w każdej chwili mógł zaatakować. Ile właściwie czasu minęło? Pięć minut? Raczej dziesięć.

Dotyk we włosach.

– Mmmm. – Miało być kurwa, wyszło jak widać.

Delikatny dotyk we włosach – what the fuck? – szczupłe palce, które przeczesywały kosmyki czułym gestem, bynajmniej nie uspokoiły. Zastygł w totalnym bezruchu, niczym małe zwierzątko, udające, że nie istnieje. A tymczasem palce niespiesznie zaplotły mu... warkocz? To wszystko przestało do siebie w jakikolwiek sposób pasować.

Znowu został zostawiony sam.

Głowa zaczynała go boleć od tej muzyki. Chciał ściągnąć słuchawki ramieniem, nie mogąc wytrzymać już tych dźwięków, ale w tym momencie został pociągnięty mocno za warkocz w dół, tak że żegnał się już z włosami. Palce czule przesunęły się po jego odsłoniętym, napiętym gardle. Tak jak wcześniej we włosach, gest bardziej niepokojący niż brutalne pociągnięcie za włosy.

Cięcie.

– Mmmm. – Tylko odrobinę bardziej... podniecone niż poprzednio.

Ciepła krew spływająca po szyi. Gorący język zbierający strużkę. Oddech łaskoczący skórę i ciało za jego plecami, które mógł dosięgnąć skrępowanymi rękami. Poczuł pod palcami napięty materiał spodni na udach. To prawdziwa ulga, czuć coś więcej. Mieć znowu jakiś zmysł, który pozwoli mu się odnaleźć w tej ciemności. Zaraz jednak został tego pozbawiony, gdy dłoń wciąż trzymającego jego włosy – warkocz zawinięty wokół pięści – pchnęła go w dół, wpychając policzek w podłogę – słuchawka mocniej wbiła się w ucho, dźwięki stały się jeszcze bardziej ogłuszające. Podciągnięto mu bluzę niecierpliwym ruchem. I znowu ten niepasujący do całego tego przedstawienia czuły dotyk, tym razem wzdłuż kręgosłupa, delikatne drapanie posyłające przyjemne dreszcze i mimowolnie wyginające po kociemu plecy.

Szarpnięcie za spodnie – guzik gdzieś odpadł. Palce wbijające się w pośladek. Dziki pomruk, który na pewno słyszał, w tej sekundzie, gdy muzyka przycichła. Dziki pomruk drapieżnika, który właśnie dopadł swoją zwierzynę, a ta go nawet nie miała szansy zobaczyć, czy usłyszeć.

Skończyły się czułe gesty, gdy z policzkiem przygniecionym do podłogi, oślepiony i ogłuszony, pozbawiony jakiekolwiek możliwości obrony, został pożarty.

Chciał wrzeszczeć, naprawdę chciał, gdy członek tego skurwiela po prostu w niego wszedł. Bez żadnego ostrzeżenia, bez żadnego nawet najmniejszego przygotowania. Czuł się z każdym brutalnie mocnym pchnięciem rozrywany. Czuł koszmarny ból, który przez brak jakichkolwiek innych zmysłów, był jeszcze bardziej intensywny. Czuł pięść zaciśniętą na swoich włosach, która nie pozwalała mu nawet odrobinę przesunąć głowy. Plastikowe zipy wbijały mu się w nadgarstki. Czuł ciepłe strużki na własnych udach – krew. Ciało ocierało się o ciało, gdy raz za razem mężczyzna wchodził w niego, zupełnie nie przejmując się jego pełnymi bólu, stłumionymi jękami.

Wtedy z kolejnych bezlitosnym wejściem, to wszystko do niego dotarło. Nareszcie jego mózg nadgonił za ciałem. W jednej chwili, jakby ktoś przełączył magiczny pstryczek, to co wcześniej było przerażająco bolesne, stało się porażająco podniecające.

Taśma na ustach stłumiła jego przeciągły jęk prawdziwej rozkoszy. Był gwałcony jak ostatnia sucz i najchętniej krzyczałby w tym momencie "jeszcze, jeszcze!". Biodra jakoś mimowolnie zaczęły poruszać się razem z kolejnymi uderzeniami, wychodząc im na spotkanie, by były jeszcze mocniejsze, jeszcze głębsze. W tym samym momencie znowu pozostał sam w ciemności – zniknął wypełniające go ciało i dłoń z włosów – tym razem z podnieceniem wzbierającym się podbrzuszu. Gdyby tylko mógł już by się sam masturbował.

Jego dłonie zostały uwolnione.

Jęknął z bólu, gdy krew na powrót popłynęła. Jednak nie czekał, aż ból całkowicie minie, przestał się też przejmować opaską i muzyką, zbyt blisko był orgazmu. Nie zmienił nawet pozycji, po prostu, tak jak był w tej uwłaczającej godności pozycji, z pośladkami w górze z nosem w dywanie, chwycił w mocny uścisk swojego twardego członka, czując ulgę od podniecenia nie mniej bolesnego od wcześniejszych pchnięć.

Tym razem ostrzeżeniem był uścisk na biodrze – nie żeby miał zamiar gdziekolwiek uciekać – nim znowu został wzięty. Na powrót okropny ból wymieszał się z czystą rozkoszą. Jęczał, zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że jęczy jak jakaś gwiazdka niskobudżetowego porno, chociaż nie miał najmniejszych szans, żeby to usłyszeć. Nie miał też szans usłyszeć pomruków rozkoszy mężczyzny, ale wystarczył mu uścisk dłoni na biodrach i szaleńcze tempo – nie tylko on był blisko cudownego orgazmu.

Jak zwykle spełnienie przyszło nagle. Jednak pierwszy raz w życiu było aż tak intensywne, wstrząsnęła ciałem spazmami rozkoszy. Chyba zemdlał.

Obudził go łagodny kobiecy głos, znał go, ale nie potrafił przyporządkować go do jakiekolwiek twarzy. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że w końcu – kiedy dokładnie, nie był w stanie stwierdzić – został uwolniony od tej cholernej muzyki.

– Widzę, że prezent się spodobał?

– Pani moja, nawet nie wiesz jak – odpowiedział jej męski, niezwykle rozbawiony, głos.

– Cieszę się niezmiernie. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, mój drogi. Dziękuję za informację i co? Widzimy się za rok?

– Z prawdziwą rozkoszą, Pani.

* * *

Takeshi dopiero wiele dni później odkrył nowy numer zapisany w swoim telefonie. Kontakt nazywał się Kazeshini i miał nawet dopasowany własny dzwonek.


Niepokojącą kakofonię dźwięków, od której mimowolnie włosy na karku stawały mu dęba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz